![]() |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|

Pierwsze lotnisko w Szczecinie było na poligonie wojskowym na Krzekowie. W 1909 r. wylądowali tu bracia Wright na swoim największym wówczas szybowcu. Całe tłumy Szczecinian ciągnęły wówczas na Krzekowo żeby wziąć udział w pokazie lotów. Szybowiec braci Wright, rzeczywiście wystartował i utrzymywał się w powietrzu, całe 5 minut. Od pierwszego lotu braci Wright nie upłynęło jeszcze 25 lat , gdy lotnisko w Dąbiu oficjalnie oddano do użytku. Jak się to wszystko zaczęło? Już przed pierwszą wojną Światową myślano o planowej komunikacji powietrznej i czyniono pierwsze kroki ku temu. Przystosowano samoloty bojowe do przewozu pasażerów , niektóre firmy zaczęły budować specjalnie przystosowane do tego samoloty. Junkers wszedł właśnie w 1919 r. ze swoim F 13 , dolnopłatem o metalowej konstrukcji. Jako lotnisk używano najpierw obiektów wojskowych. W Szczecinie było to lotnisko na Krzekowie. Ponieważ większość samolotów mogła służyć jako wodnopłaty , gdzie zamiast kół samolot posiadał pływaki , zaistniała potrzeba wykorzystania większych powierzchni wodnych jako naturalnych lądowisk. W Szczecinie było to jez. Dąbie. Ważnym stało się znalezienie lokalizacji dla lotniska. Na lotnisku na Krzekowie działała linia lotnicza , a na jednej z zatok południowego brzegu jez. Dąbie istniała baza wodnopłatów.


Przedsiębiorstwo Linii Lotniczych , które z całym wyposażeniem od lat znajdowało się na lotnisku w Krzekowie , w ciągu najbliższych miesięcy zostało przeniesione do Dąbia. Port lotniczy w Dąbiu otrzymał dużą pomoc od Lufthansy , która odnajmowała tutaj dużą część hali i uruchomiła stocznię do napraw i przeglądów wodnopłatów. W czasie budowy lotniska w Dąbiu funkcjonowały w 1926r. dwie linie wodne z Dąbia i dwie lądowe z Krzekowa. W następnych latach aż do wybuchu wojny , samoloty latały na różnych liniach , niektóre tylko w okresie letnim. Niektóre z powodu ograniczonego zainteresowania , były po krótkim czasie odwoływane. Dużym wsparciem dla nowego portu lotniczego była Reichpost z uwagi na szybko wzrastające przewozy poczty samolotami.
Podstawowymi kierunkami lotów były trasy do Berlina i Gdańska oraz pobliskich uzdrowisk . Linia do Skandynawii z uwagi na małe zainteresowanie została ostatecznie w 1933r. zawieszona. Wprowadzenie nowych samolotów o pewniejszej konstrukcji i wiele większym zasięgu spowodowało , że lot z Berlina do stolic Skandynawskich mógł odbywać się już bez międzylądowań w Dąbiu. Do tego doszedł też fakt , że nowe samoloty mogły funkcjonować również zimą a wodnosamoloty , z uwagi na zamarzanie jez. Dąbskiego nie.

Niestety w tamtych latach połączenia lotnicze nie odbywały się bez wypadków Akurat to , czego chciano uniknąć w czasie lotów nad morzem , stało się: 7 lipca 1930r. Dornier - Wal D - 864 "Hecht" w czasie lotu ze Szczecina do Sztokholmu w skutek wady materiałowej stracił nad Bałtykiem śmigło tylnego silnika. Pilot postanowił wodować. Znajdujący się w pobliżu kuter wezwał pomoc strzelając czerwone rakiety , potem wziął samolot na hol. Przy wietrze od dziobu z lewej burty , pod żaglami i na silniku , wziął kurs na Borholm. Jakiś czas wszystko szło dobrze , nie spodziewano się niebezpieczeństwa. Na skutek wpłynięcia na niezauważoną boję kuter robi zwrot na wiatr , co powoduje zatopienie pływaka samolotu i jego przewrócenie. Zginęli przy tym czterej pasażerowie i jeden członek załogi. Następne nieszczęście przydarzyło się 31 stycznia 1935r. tuż przed godziną 19 w pobliżu lotniska Dąbie : Ju 52 należący do "Deutsch - Russischen Luftverkehrsgesellschaft , lecący z Gdańska do Berlina z powodu złej pogody zostaje zawrócony na lotnisko w Dąbiu. Prawdopodobnie z powodu oblodzenia pilot nie mógł utrzymać koniecznej wysokości lotu. Nad Górami Bukowymi zahaczył o drzewa podwoziem i spadł. Zginęli wszyscy uczestnicy lotu!
Port lotniczy został zbudowany głównie dla komunikacji był jednak dostępny dla innych rodzajów środków latających :samolotów do oprysków , reklamowych czy wycieczkowych. Szkoły lotnicze chętnie korzystały z lotniska w Dąbiu. "Pomorska Grupa Niemieckiego Związku Lotnictwa" otrzymała mały trzy miejscowy samolot treningowy ochrzczony "Pommern". Zatrudniła instruktora lotnictwa i rozpoczęła naukę pilotażu dla indywidualnych osób. Szybownikom "Stettiner Verein fur Luftfahrt" pozwolono na korzystanie z lotniska o ile nie kolidowało by to z lotami rejsowymi. Krótko potem dołączyła do nich grupa lotników z "Hohe Technische Lehranstalt" (Wyższa Szkoła Techniczna) tworząc koło pilotów o nazwie "Testaflieg" (oblatywacz) z samolotem silnikowym i dwoma szybowcami. Dla samolotu oprócz północno-zachodniego pasa startowego przygotowano również małą drewnianą halę.

W dniach 23 - 30 czerwca 1932r.odwiedza Dąbie największy w tamtym czasie wodnopłat Dornier DO - X . W tamtych dniach przybywa również największy na świecie "lądowy samolot " Junkers G 38. Jednoczesne przyjęcie obydwóch olbrzymów było dużym sukcesem technicznym i prestiżowym dla Lotniska i Zarządu. W maju 1934r. na lotnisku w Dąbiu wylądował ogromny sterowiec "Graf Zeppelin". W czasie odwiedzin sterowca i wspomnianych maszyn na lotnisko przybyły tłumy ludzi , chcących na własne oczy zobaczyć te cuda ówczesnej techniki widziane dotychczas jedynie na fotografiach i w prasie. Latem 1932r. odbył się Dzień Lotnictwa, w czasie którego pokazywali swoje umiejętności znani lotnicy między innymi Ernst Udet i Sczecinianka Thea Kleist (skoki ze spadochronem). W 1933r. na lotnisku umiejscowiła się DVS ,która szkoliła pilotów samolotów morskich i lądowych. Kiedy w 1935r. powstała Luftwaffe przejęła samoloty od DVS a samą szkołę rozwiązano. Pod koniec 1934r. lotnisko otrzymało stację radiową z radionamiernikiem z 45-cio metrowej wysokości masztem. W 1935r. Deutsche Luftsportverband (Niemiecki Związek Sportów Lotniczych )otworzył tu Szkołę pilotów. Hale , warsztaty , zakwaterowanie zorganizowano w południowo wschodniej części lotniska. W 1937r. przeniesiono szkołę do Quedlinburga. Pomieszczenia zostały przejęte przez "Zakład Ćwiczeń Lotniczych", w którym , w większości cywile mogli utrzymywać swoje umiejętności pilotażu .
W latach 1937/38 zachodnie nieużytki zostały zagospodarowane i przygotowane do lądowań. Na północno zachodnim krańcu lotniska zbudowano budynki zarządu z wieżą kontroli lotów i halą. Ulica Przestrzenna ,która dotychczas była tylko czasowo zamykana podczas transportu samolotów została teraz zamknięta na stałe. W tym czasie oddano do użytku nową drogę ul. Leszczynową. Pod koniec 1938r. utworzono ponownie DVS ,swoją siedzibę miał on w budynku zarządu i w hali obok. Miał szkolić pilotów nawigatorów i personel naziemny. W chwili wybuchu wojny szkołę rozwiązano a lotnisko w całości przejęła Luftwaffe. Obok szkoły pilotów funkcjonującej jeszcze parę lat plac był zajmowany przez różne mniejsze oddziały.
W czasie działań wojennych w marcu 1945 r. istniejąca tutaj zabudowa związana z obsługą lotniska została w części zniszczona bądź zdewastowana. Pierwszy wojenny komendant m. Dąbia, w 1945 r., w taki plastyczny sposób opisał wygląd zniszczonego Lotniska w Dąbiu: ...Następnego dnia razem z kapralem Kuleszą zwiedzamy hangary. Wchodzimy. Przednia ściana to właściwie rozsuwane, ciężkie drzwi, postrzelano, częściowo wyrwane z obudowy. Wewnątrz stoją trzy samoloty sportowo-szkoleniowe, z obdartą powłoką ze sztywnego, grubego, chyba brezentu. Zwisają resztki powłoki na drewnianej konstrukcji. Samoloty mają całe podwozie, motory w formie gwiazd przy śmigłach. Kabiny dwuosobowe, odkryte. Na betonowej powierzchni masa różnorodnego żelastwa. Koła, kółka, rury, rurki, mosiężne, miedziane, baki do benzyny, kanistry, niektóre z oliwą, inne puste. Na betonie leżą wózki do holowania samolotu, wózki z długimi uchwytami do przeciągania na małych, pełnych, gumowych oponach. Są niskie drabinki do wchodzenia do samolotu, leżą rozbite dwa szybowce kabinowe z połamanymi skrzydłami i podziurawionym pokryciem. Na rogach skrzydeł pomalowane szarą farbą sylwetki jakiegoś ptaka, chyba symbol fabryczny szybowców. Dach pokryty oszkloną żelazna ramą. W tej chwili mało jest szkła, przeważnie wala się po betonowej posadzce. Stąpam ostrożnie, bo nie chcę pociąć butów. Wchodzimy po schodach na półpiętro. Są cztery sale. W jednej, chyba wykładowej, stoją cztery stoły, takie typowe żołnierskie stołki, szafy oszklone, z rozsuwanymi drzwiczkami. Szyby wybite. W szafach leżą różne pomoce naukowe, odcinki filmowe, przezrocza dotyczące nauki o wiatrach, wzory manometrów, różnych jakichś zegarów, myślę, że służyły do wyjaśniania tajemnic zmian barometrycznych. Na metalowym wieszaku wiszą tablice do nauki o chmurach, wykresy torów holowania, startowania szybowców i samolotów, różne sylwetkowe, kolorowe typy samolotów wojskowych, bojowych, technicznych, transportowych, sylwetki szybowców, takich z kabiną lotniczą i bez.W drugiej sali w rogu stoi szafa pancerna z wydartym zamkiem. Wewnątrz nie ma nic specjalnego. Trochę rysunków, jakichś urzędowych papierów, których tu zresztą pełno na podłodze. Stoją dwa biurka, na nich papiery, koperty, ołówki. Zabieram trochę czystego papieru i kopert. Zawsze się przydadzą, bo papier jest potrzebny, a o kupieniu nie ma mowy. Na parapecie okna powywracane, potłuczone doniczki z wyschniętymi pelargoniami. W rogu sali leży dość duży globus bez nóżki, częściowo zniszczony. Widać na nim czerwone linie zaznaczone ołówkiem, opasujące Europę, przy nich jakieś napisy w skrótach, których nie mogę odcyfrować. Na podłodze wśród papierów leżą filmowe odbitki, wywołane już taśmy filmowe. Biorę jedną z nich, przyglądam się pod światło. Jakieś sylwetki, chyba żołnierzy, w grupach po kilku lub kilkunastu, takie sobie familijne obrazki wieńczące każdy uroczysty moment wszędzie, na całym globie ziemskim. Na ścianie wisi duża mapa lotnicza, mapa Europy z wyraźnymi granicami Niemiec, wykresami linii obejmujących nieomal całą Europę. To zapewne kierunki lotu samolotów bojowych, mających podbić cały świat. Na ścianie frontowej, naprzeciw drzwi wejściowych, wisi jeszcze portret jakiegoś dygnitarza faszystowskiego z piersią pełną orderów, wygląda jak choinka noworoczna. Twarzy nie widać, bo zamalowana taką... fizjologiczną farbą. Obok widać wyraźnie dwie prostokątne plamy, jaśniejsze od otoczenia. Ślady po obrazach, które tu kiedyś zapewne wisiały.Z kancelarii przechodzimy do mniejszego pokoju. Pewnie sekretariat. Są trzy małe stoliki biurka pod maszynę do pisania, obok jedna poharatana, z długim wałkiem. Nic już niewarta, postrzelana, też dostała za swoje. Jest jeszcze mała "Erika", nie mniej zniszczona. Na podłodze pełno aktówek z grubymi plikami papieru. Akta personalne, bo na okładzinach wypisany numer, nazwisko i imię, data urodzenia. Kapral Kulesza znajduje w małej szufladzie stolika kilkanaście arkuszy kalki przebitkowej, skórzany woreczek z kluczami dziwnego kształtu, pewnie od rozprutej szaty pancernej z kancelarii. Na podłodze leży dość szeroki chodnik, taki kokosowy, zabrudzony do tego stopnia, że miejscami zatracił swój ciemnoczerwony kolor. Na nim obok papieru walają się butelki czerwonego tuszu stemplowego, buteleczki atramentu, potłuczone kałamarze.Schodzimy na dół i wychodzimy na zewnątrz. Mijamy kilka podobnych hangarów. Są to podłużne, wysokie, dość szerokie hale, nakryte półkolistym dachem, częściowo wypalonym. Nie idziemy tam, na pewno podobne jeden do drugiego, bałagan ten sam.Za drogą w grupie drzew jest kilka budynków wojskowych, pomalowanych na kolor ochronny. Były to mieszkania prywatne obsługi lotniska. Kilka domów zniszczonych, wypalonych, wewnątrz znany już widok: meble poobijane, wszędzie bałagan, śmieci, tchnie wilgocią, bo dachy przeważnie podziurawione, woda niszczy urządzenia. W niektórych domach zajętych przez wojsko widać wartowników, samochody, motocykle. Dochodzimy do skraju lotniska, gdzie dopala się złożona do głębokiego dołu padlina koni i krów. Wracamy...."Większość obiektów odbudowano po 1945 r. Przez wiele lat powojennych obszar ten pełnił nadal funkcje lotniska cywilnego i sportowego dla miasta. W związku z tym, wszystkie wybitniejsze osobistości przybywające do Szczecina były tutaj oficjalnie witane przez władze miasta i województwa, m.in.: prezydent B. Bierut w 1946 r., premier ZSRR N. Chruszczow w 1965 r. Tutaj też odbyło się pierwsze spotkanie papieża Jana Pawła II z mieszkańcami Szczecina w 1987 r.