Przyczółek Dąbie - Gryfino

Na wstępie tradycyjnie kilka osobistych uwag. Treścią tej strony jest wielka (bez przesady ) bitwa o Szczecin. A rozegrała się ona nie jak sądzi wielu mieszkańców Szczecina w kwietniu a w marcu 1945r. i toczyła się na prawobrzeżnych przedmieściach. Od Załomia w kierunku południowo-zachodnim przez Dąbie (opis działań w Dąbiu) Wielgowo , Sławociesze (zdobywane i odbijane),Płonię (tu najcięższe walki) Kijewo(bardzo krwawo),miejscowości w Puszczy Bukowej ,Klucz (w tym miejscu nastąpiło przecięcie przyczółka na dwie części)Radziszewo , Stare Brynki i Gryfino.We wszystkich tych miejscowościach można do dziś potknąć się o pozostałości po bitwie. A okoliczne tereny są rajem dla poszukiwaczy militariów.

Zajmując prawobrzeżny Szczecin Sowieci osiągnęli strategiczny cel: zlikwidowali Szczecin jako punkt wsparcia dla walczących jeszcze rejonów Pomorza, Gdańska i Prus. A centrum i dzielnice portowe znalazły się w bezpośrednim zasięgu radzieckiej artylerii. Niemcy doskonale to rozumieli i wycofali z lewobrzeżnej części miasta garnizon. Jej zajęcie nastąpiło w ramach nowej wielkiej ofensywy tak zwanej operacji berlińskiej. A dzień 26 kwietnia (wczasach PRL świętowany jako "wyzwolenie" Szczecina) wpisuje się w korowód propagandowo-komunistycznych świąt bez rzeczywistego znaczenia. (vide 17 stycznia w Warszawie)

Ze względu na , jak sądzę, znikomy udział oddziałów polskich bitwa nie ma należnego miejsca w świadomości mieszkańców miasta. Coroczne bardzo skromne uroczystości pod pomnikiem w Dąbiu fakt ten tylko potwierdzają. Opis , który, jest niżej, jest dość szczątkowy a zawiera głównie relacje uczestników walk (czasami wstrząsające) poprzedzone notatką z "Encyklopedii Szczecina".

Utworzony przez wojska niemieckie na podejściach do Szczecina w marcu 1945 w czasie wycofywania się ich na zachód., miał na celu zorganizowanie obrony niemieckiej i wyprowadzenie swoich wojsk na lewy brzeg Odry. Jego granice przebiegały: Bystra nad jeziorem Dąbiem, na płd. miasto Gryfino, w środkowej części na płd. wsch. od autostrady, były płynne i sukcesywnie się zmniejszały Był to wąski pas terenu o długości 30 km i szerokości 2,5-5 km. Początkowo przedzierały się tam jednostki lewego skrzydła 3 APanc. Następnie, wraz z przyczółkiem w rejonie Świętej, zabezpieczał funkcjonowanie toru wodnego do portu Szczecin, skąd szło zaopatrzenie dla wojsk niemieckich walczących w rejonie Gdańska, Królewca i Kurlandii. Dowództwo niemieckie Grupy Armii "Weichsel"(Wisła) przewidywało jego poszerzenie, aby uniemożliwić ostrzał Szczecina, a także wykonanie uderzenia na tyły wojsk radzieckich. Cały rejon Dąbia został przekształcony w potężną strefę obronną. Dowództwo 3 APanc. Powierzyło obronę przyczółka dwóm korpusom: III K Panc. SS (281 DR 549 DGL, 10 D Panc. SS "Frundsberg", a od 13 marca także 11 DG Panc. SS "Nordland", 23 D Panc. "Nederland", 28 DGSS "Walonien" i 27 DGSS "Langemark") oraz XXXIX K Panc. (l DM D Panc. "Schlesien", 25 D Panc., DG Panc. "Fuhrer", 502 O Panc. SS i 210 Bryg. Dział Szturm.). Walkę wspierał 406 Korp. Artyl. Ląd. i walcząca 9 DSpadochr.-Strzel. Obronę powietrzną zabezpieczała 27 DAPlot. Nasilenie walk o przyczółek rozpoczęło się 8 III 1945. Wojska 47 A gen. F. Piechorowicza wsparte l KZmech. gen. S. Kriwoszyna włamały się w głąb przyczółka i walczyły na rubieży: Dobropole Gryfińskie - Glinna - Gardno - Wirów - dolny brzeg rzeki Tykwy. 61 Armia gen. R Batowa i główne siły 2 APanc. Gw. gen. S. Bogdanowa dotarły do rejonu Smerdnicy, na wsch. od Płoni i do Wielgowa. W nocy z 8/9 marca na kierunek 47 A przybyła 2 DA i obie polskie jedn. artyl. wzięły 9 marca udział w przygotowaniu i wsparciu ataku piechoty i czołgów. W wyniku zaciętych walk jednostki radzieckie 77 i 125 KA zdobyły Płonie, Smerdnicę i Chlebowo, a 175 DP i 219 BPanc. wdarły się do Gryfina. 10 i 11 marca natarcie 47 i 61 Armii nie przyniosło postępów, gdyż nieprzyjaciel wprowadził do walki nowe siły (25 DPanc., DPanc. "Schlesien", 20 Dywizja Pancerna i Dywizja GPanc. "Fuhrer") i kontratakował. W tej sytuacji marsz. G. Żuków postanowił wstrzymać natarcie i w ciągu 2 dni przygotować się do nowego natarcia. 15 marca na głównym kierunku uderzenia zgromadzono 280 dział na km frontu oraz 90% lotnictwa bombowego. Ponowione natarcie wojsk 61 i 47 Armii 15 marca pozwoliło na zdobycie Chlebowa, St. Brynek i Klucza nad Odrą. Podobnie jedn. 175 DP wsparte 219 Batalionem Pancernym z podporządkowanym 8 pułkiem moździerzy w nocy 16 marca opanowały Gryfino. Na lewym skrzydle wojska 47 A dotarty do Kijewa i skrzyżowania autostrady z szosą Szczecin -Stargard Szczeciński przełamując obronę 281 DP. W wyniku całodziennych walk wojsk radzieckie 61 i 47 A włamały się głęboko w obronę przedmieścia, lecz nie zdołały złamać oporu Niemców, którzy wprowadzali wciąż nowe siły: 10 Dywizja Pancerna SS "Frundsberg", Dywizja Grenadierów "Fuhrer". Ponowione natarcie 16 marca osiągnęło rejon mostu na Odrze na płn. od Radziszewa oraz Klęskowa. Jednocześnie wojska 175 i 219 Batalion Pancerny i 8 pułk moździerzy rozpoczęły natarcie od Gryfina wzdłuż Odry w kierunku płn. W tej sytuacji dowódca 3 APanc. rozkazał wycofać resztki sił broniących płd. części przyczółka za Odrę, a jednostki III Korpusu Pancernego SS na rubież Klucz - Autostrada - Żydowce - Sławociesze - Trzebusz - Kniewo -brzeg jeziora Dąbia - Załom. Ciężkie walki wojsk radzieckich wspartych artylerią polską zmusiły wojska niemieckie do wycofania się w nocy z 19/20 marca 1945 z przyczółka za Odrę. Na przyczółku poległo 40 tysięcy żołnierzy, niemieckich a 12 tysięcy zostało wziętych do niewoli. Straty po stronie radzieckiej wyniosły 7 tysięcy poległych, 1/3 poległych na Pomorzu. Rejon walk

Wspomina dowódca I batalionu 322 pułku grenadierów 281 Dywizji Piechoty:

"...Gdy wskazówki zegarków przeskakują z 06.59 na 07.00 na odcinek obrony 322 pułku grenadierów 281 Dywizji Piechoty spada huraganowy ogień Rosjan. Eksplozje zlewają się w jeden wielki grzmot. W pyle i kurzu nikną transzeje i dołki strzeleckie. Nagle na sekundę zapada martwa cisza. Później słychać klekot gąsienic, warkot motorów. Granaty z dział czołgowych eksplodują w wysokim lesie. Nadchodzą! Trzeszczą karabiny maszynowe, głucho detonują Panzerfausty. Rozmowa przez radio do pułku! Potrzebujemy wsparcia ogniowego! Brak łączności! Ogień z przodu, ogień z lewej, z kierunku F. oraz z prawej od strony szosy do Stargardu. Gdzie ten ogień zaporowy? Jednak już z tyłu słychać gwizd nadlatujących pocisków, udało się radiotelegrafiście dowołać. Ogień prowadzi cały 281 pułk artylerii. Rowy i budynki przed naszym skrajem lasu natychmiast znikają. Skrawek wysokiego lasu o boku 400 metrów, obsadzony garstką żołnierzy, staje się twierdzą. W jego kierunku czołga się radziecka piechota, z lewej padają granaty, po prawej wzdłuż szosy toczą się radzieckie czołgi. Każdą jednak falę nacierających wita huragan ognia naszego pułku artylerii. Ciężkie czołgi radzieckie typu IS nie są w stanie wjechać do wysokiego, zwartego lasu i tam manewrować. Podjeżdżają bliżej jeden za drugim w sile około 10, pierwszy wjeżdżający na zrąb traci na minie gąsienicę i blokuje przejazd. Serie karabinów maszynowych wyłuskują wspierającą czołgi piechotę. Należy utrzymać ten skrawek lasu przez cały dzień. Godziny wloką się za sobą. Las ciągle pod ogniem, lecą bomby, terkocze broń pokładowa samolotów. Na nic! Radiotelegrafista Gafreiter Müßig niesforny postrach dla swych przełożonych, teraz podbiega i prosi o Panzerfaust. Razem z nim biegnie grupka żołnierzy. Chybił. Jeszcze jeden Panzerfaust. Ten trafia. Słychać na szosie potężną detonację i gwałtowny ogień broni maszynowej. Łowca czołgów wynosi jedynie kilka skaleczeń. Ciężki IS rozleciał się na kawałki. Po południu rosyjskie natarcie słabnie. Cichnie stopniowo strzelanina, rosyjska piechota zalega, czołgi stoją w miejscu. 281 pułkowi artylerii kończy się amunicja." "Pommersche Zeitung" z 15.03.45 donosi: "...Obrońcy Dąbia uginają się pod ogniem setek dział..."

Wspomina sierżant 159 gwardyjskiego pułku artylerii haubic 75 Gwardyjskiej Dywizji Strzeleckiej 61 Armii:

"...Ależ tu była haratanina! Piechota nie mogła przekroczyć rzeczki, choć niewielka i płytka. W fabryce papieru (dawny Unikon) istna twierdza, na krzyżówce za nią bunkier przy bunkrze, wzdłuż brzegów nastawione wszystko, co tylko mogło do nas strzelać. Nawet sześciolufowe miotacze min. Nasza piechota pod osłoną artylerii najpierw wdziera się na teren fabryki. Walki wręcz, epizody niewiarygodne. Nasi na parterze fabrycznego budynku, Niemcy na piętrze. Walki na bagnety i kolby. Opowiadali mi później piechocińcy o takim wydarzeniu. Jeden z naszych wpada do jakiejś izby. W ręku odbezpieczony granat. Naprzeciw Niemiec z automatem wycelowanym w niego. Widzi ten granat i obaj boją się działać. Niemiec nie strzeli, bo wie, że ten granat wybuchnie. Nasz nie rzuca, bo wie, iż hitlerowiec strzeli i tak zginą obaj. I tak stali strojąc do siebie miny, dopóki nie wpadli nasi bojcy. Niemiec poddał się, a naszemu trzeba było rozginać palce, bo tak mocno zaciskał je przez dłuższy czas na granacie

Wspomina oficer 69 fortecznego batalionu pionierów:

"...Rankiem 10 marca odbył się po wielogodzinnym ciężkim ogniu artylerii pierwszy atak pancerny z podążającą piechotą, który przede wszystkim dzięki artylerii przeciwpancernej, która była okopana w drugiej linii za nami na skraju lasu, został odparty. W krótkich odstępach przed odcinkiem kompanii wzniosło się dziewięć słupów ognia z eksplodujących czołgów rosyjskich. Spadochroniarze obsługujący armaty przeciwpancerne trafiali prawie za każdym strzałem. Podczas ponownego ataku pancernego w rejonie M. zniszczono pięć dalszych czołgów radzieckich. U naszego prawego sąsiada, byli to spadochroniarze, również odparto wszystkie ataki Rosjan. Ale w rejonie linii kolejowej przy H. dwa bataliony "żołądkowe" straciły nerwy i popadły w panikę. Wykorzystali to Rosjanie i już godzinę później siedzieli za nami w lesie. W tym momencie potrzeba było szybkiego działania. Z powodu piasku, odłamków i kamieni nasza broń stała się w większości bezużyteczna. Nasza artyleria już nie strzelała. Przypuszczano, że nie ma amunicji..."

Zachowały się fragmenty wspomnień uczestnika tych walk o Kijewo, sierżanta 159 gwardyjskiego pułku artylerii 75 dywizji 61 armii, który tak zapamiętał tragizm tych wydarzeń:

"...I tu nie idzie łatwo. Kończy się las, już tylko zagajniki, osłony mało, co 500 metrów zapory, barykady. Dwóch dni nam trzeba, by podejść do kolejnej linii niemieckich umocnień. Raptem dwa kilometry i dwa dni. No, ale jesteśmy. Przed nami nasyp autostrady, najeżony wrażymi działami, czołgami okopanymi w ziemię, krzyżową siecią karabinów maszynowych. Kijewo. Szukamy słabszego miejsca w niemieckich umocnieniach. Kierują nas w lewo, wzdłuż autostrady. Na krzyżówce nie da się przejść. Kilkaset metrów idziemy pod osłoną lasu przed nami rozległe pole. Widać jak na dłoni domy Dąbia i Zdrojów. Niemcy nie chcą nas dopuścić do miasta. Kontratak za kontratakiem. Głównie czołgi i działa pancerne. Bije w nie nasza artyleria, strzela piechota. Mnożą się akty bohaterstwa i niezwykłej odwagi. Z naszego punktu na skraju lasu widać dobrze wstęgę autostrady. Po obu stronach wybuchy. Okrutna walka. W jej wirze epizod, którego nie zapomnę w życiu. W niewielkim zagłębieniu terenowym przy prawym pasie autostrady nasz piechur. Od Dąbia w jego stronę, przez odkryte pole, pędzi pięć faszystowskich czołgów. Nasz ma pancerfausty. Widać, dobrze wie jak się nimi posługiwać. Co strzał, to trafienie? Cztery tanki płoną. Na piątego brak pocisku pancernego. Poczekał, więc spokojnie, z zimną krwią na tego piątego - gdy się zbliżył nasz żołnierz rzuca się z wiązka granatów pod gąsienice. Wybuch, piąty czołg zniszczony. Płakaliśmy. Już po walce głośne stało się w dywizji nazwisko bohatera. Nazywał się Kurienkow, imienia i familii nie pamiętał. Dostał pośmiertnie gwiazdę Bohatera Związku Radzieckiego,..".

Przeciwuderzenie niszczycieli czołgów "Hetzer" z 1 kompanii 9 spadochronowego oddziału niszczycieli czołgów w rejonie Gryfina wspomina Helmut, Kleine:

"...Jedziemy dalej przez R. i przesieką wjeżdżamy w las. Czołgi na pełnej prędkości mkną ku szczytowi wzniesienia. Tylko z trudem utrzymujemy się na pancerzach. Rosjanie kładą ogień zaporowy. Na szczęście jesteśmy szybsi. Za nami rozlegają się potworne trzaski, ziemia potężnymi fontannami wzbija się w powietrze a odłamki gwiżdżą wokół nas. Lecz wybuchy słyszymy słabo ze względu na ryk pracujących na pełnych obrotach silników. Przed nami na zboczu zajmują stanowiska działa przeciwlotnicze kalibru 8.8 cm i 2 cm. W pobliżu wiatraka strzelają do nacierających rosyjskich czołgów. Krótko przed szczytem wzniesienia nasze "Hetzery" zatrzymują się. Zeskakujemy z pancerzy i rozwijamy się po dwóch żołnierzy z prawej i lewej strony pojazdów. Ziemia zamarznięta jest na około 5 centymetrów i nie do przerąbania przy pomocy saperki. Chowam się w koleinę po czołgowej gąsienicy szukając schronienia przed coraz silniejszym ostrzałem. Wiatrak zostaje trafiony, a jego skrzydła płoną. Działa przeciwlotnicze zostają trafione jedno po drugim i ich lufy mierzą pod różnymi kątami w niebo. Nieliczni z ich obsad, którzy przeżyli, uciekają do tyłu. Nasze "Hetzery" niszczą wiele czołgów przeciwnika. Nagle widzę rosyjskie działo przeciwpancerne "Ratschbumm" o konnym zaprzęgu na leżącym na naszej lewej flance przeciwległym wzgórzu zbliżające się drogą w wąwozie. Działo zostaje odprzodkowane, konie odprowadzone na tyły. Obsada zaraz potem otwiera ogień. Nasz czołg zostaje ostrzeżony przez radiostację "Gustav" i strzela jednocześnie z rosyjskim działem. Oba trafiają! Działo przeciwpancerne znika w chmurze eksplozji, z której sypią się części. Jednakże nasze działo samobieżne otrzymuje trafienie w jarzmo armaty, lufa się cofa zakleszczając Oberfeldwebla Richau. Kolejne trafienie w silnik - prawdopodobnie z moździerza - powoduje zapalenie się pojazdu. Nasz dzielny Sanitätsgefreiter podrywa się usiłując wydostać z Oberfeldwebla, ale się nie udaje. Trzej pozostali członkowie załogi wydostają się, częściowo z ciężkimi poparzeniami. Oberfeldwebel Richau spłonął w czołgu! Jeden z "Hetzerów" podjeżdża do koleiny, w której leżę tak, że lufa jest niemal nade mną, i strzela. Hałas jest tak straszliwy, że dopiero wieczorem słyszę cokolwiek na lewe ucho (stwierdzono później uszkodzenie bębenka). Obok zaczynają przebiegać uciekający żołnierze SS i strzelcy marynarki wojennej. Nasze ocalałe czołgi wycofują się, lecz jeden utknął w błocie i został porzucony przez załogę bez wysadzenia go. Wściekły ogień artylerii obrzuca pojazd błotem i odłamkami. W międzyczasie drugi strzelec karabinu maszynowego Manfred Stephan zostaje za mną ciężko ranny granatem moździerzowym. Naliczone później 23 postrzały w skrzynkach amunicyjnych na lewo i prawo od jego głowy uratowały mu życie. Feldwebel Leimbach, Erhard Jentzsch, Sigurd Lupberger i ja wycofujemy się jako ostatni dając sobie wzajemnie osłonę ogniową. Uderzam kolanem w wystający kamień i zginam z bólu. Erhard Jentzsch, nasz młody dowódca drużyny, podbiega sądząc, że jestem trafiony. Skokami, na ile możemy, posuwamy się w kierunku potoku, aby pod przepustem kolejowym znaleźć ukrycie. Feldwebel Leimbach podrywa się i biegnie tak szybko, jak tylko potrafi w jego kierunku. Teraz podrywa się Erhard. W tym samym momencie obok niego eksploduje granat moździerzowy. Prawe ramię Erharda leci dookoła ciała. Erhard blednie i wali się obok mnie na ziemię. Wciągam go na plecy i pełznę pod osłonę ugrzęźniętego pojazdu. Sigurd pomaga. Obok sterczy także ugrzęzły samochód sanitarny, lecz nic to nam nie daje. Obok mknie dwóch żołnierzy SS. Proszę ich o pomoc, ale tylko rzucają koc i biegną dalej. Kładę Erharda na koc i próbuję nieść, lecz daleko nie dochodzę. Ogień staje się coraz gwałtowniejszy, pierwsi Rosjanie pojawiają się na wzgórzu. Rozpinam bluzę polową Erharda i wpada mi w rękę odłamek, który mu wybił w piersi dziurę wielkości orzecha. Przeszedł przez ciało od tyłu. Erhard nie żyje! Bierzemy we dwóch MG-42, cztery skrzynki amunicji od Manfreda, karabin, pistolet maszynowy i Sturmgewehr (zgodnie z rozkazem Himmlera, by nic nie pozostawiać) i biegniemy w kierunku potoku. Nagła zamieć śnieżna ratuje nam życie. Skrzynki z amunicją pozostawiamy nad potokiem i brniemy pod osłoną brzegu w kierunku lasu. Na przesiece stoi gotowe do walki działo 8.8 cm i oczekuje nacierających otwartym polem radzieckich czołgów. Przez żandarmerię polową zostajemy skierowani na stanowiska wokół działa. Obok mnie pada na ziemię żołnierz, który otrzymał postrzał w kolano. Zabieram jego garłacz i następnie znikamy. Naprzeciw nas nadjeżdża "Hetzer". Zatrzymujemy go sądząc, że to nasz. Ale Oberst wojsk lądowych wygląda z włazu i zdrowo nas opieprza. Musimy przeskoczyć przez wzgórze będące pod ostrzałem artylerii przeciwpancernej. Przez niebezpieczne miejsce ciągnie "Hetzera" z uszkodzoną gąsienicą ciągnik ewakuacyjny. Skaczemy na ciągnącą się gąsienicę, biegniemy wzdłuż niej, skaczemy na pancerz i tak wydostajemy z niebezpiecznej strefy. Podążamy w kierunku R.-W. Przed R. przy zaporze przeciwpancernej zatrzymuje nas Hauptmann z Luftwaffe i dołącza do zebranego oddziału. Protestujemy, chcąc dołączyć do macierzystej jednostki. Sigurd uparcie biegnie do zapory przeciwpancernej. Hauptmann grozi pistoletem, lecz zanim jest w stanie strzelić, Sigurd jest już po drugiej stronie. Nagle na drogę i zaporę spada silny ogień moździerzy i broni ręcznej. Wykorzystując zamieszanie czołgam się rowem z powrotem, przebywam zaporę słysząc jak Hauptmann wściekle krzyczy. W punkcie opatrunkowym spotykam Sigurda. Rozglądamy się za Manfredem, lecz go nie ma. Następnie ruszamy drogą do wioski i spotykamy Hansa. Moje plecy to jedna krwawa, klejąca się miazga..." "...Zajmujemy stanowiska na skraju lasu. Pomiędzy nami znajdują się nasze czołgi. Przed południem Rosjanie atakują: T-34, "Shermany" z wielko kalibrowymi karabinami maszynowymi oraz działa samobieżne z desantem piechoty. Gdy otwieramy ogień, Rosjanie zeskakują z pojazdów i chowają się pod ich osłoną. Niektórzy leżą bez ruchu, prawdopodobnie trafieni. Czołgi jednak ruszają na nas i otwierają ogień ze wszystkich luf. Grube konary drzew sypią się nam na głowy. Stojący na lewo "Hetzer" otrzymuje trafienie w gąsienicę. W tym też momencie zostaje ranny dowódca kompanii. Na prawo płonie inny "Hetzer" po bezpośrednim trafieniu. Nadciągają spadochroniarze walczący wcześniej w m. Banie i ostrzegają nas, byśmy opuścili stanowiska. Stanowią straż tylną, za którą ślad w ślad podążają Rosjanie. Wycofujemy się i spotykamy załogę trzeciego czołgu, który również został trafiony. Kompania porządkuje szyki i w kolumnach powoli wycofuje do lasu, Rosjanie idą za nami bardzo niechętnie. Na następnym skraju lasu okopujemy się ponownie. Na lewo od nas przebiega droga z zaporą przeciwpancerną. Tam nasi prześladowcy zostają zatrzymani. Rozstrzeliwują zaporę. Jeden z czołgów z podążającą grupą piechoty jedzie przez pagórek w naszym kierunku, aby objechać przeszkodę. Leutnant Sigrist z czterema ludźmi, w tym też mną, mamy zaatakować i zniszczyć z boku przy pomocy Panzerfaustów zbliżający się T-34. Zbliżamy się w gęstym podszycie. Gdy jesteśmy już blisko, rozlega się rozkaz odwrotu. Jesteśmy zdenerwowani. Jakiś Feldwebel każe dać sobie osłonę ogniową, przygnieść do ziemi piechotę, wybiega na otwartą przestrzeń i odpala Panzerfaust, lecz nie trafia. Rosjanie są tak zaskoczeni, że otwierają chaotyczny ogień wtedy dopiero, gdy Feldwebel jest już w ukryciu..."

Walki pod Gryfinem wspomina były żołnierz 27 pułku strzelców spadochronowych 9 Dywizji Strzelców Spadochronowych Volker Stutzer:

"...Jochim tak jak ja przybył ze szkoły pilotów w Oschatz do 27 pułku strzelców spadochronowych, tej "straży pożarnej", która źle wyszkolona i kiepsko uzbrojona rzucona została na wschód, aby pomóc w zatrzymaniu wielkiej ofensywy radzieckiej zwiastującej koniec Rzeszy. Jochim miał nieśmiały uśmiech, który dotąd dobrze pamiętam i niewiele mówił. Dźwigał ciężki plecak tak samo mozolnie jak ja - obaj byliśmy wątłymi chłopakami i niemal łamaliśmy wpół pod ciężarem karabinu maszynowego i amunicji, których pasy nośne wrzynały się głęboko w ramiona. Potykając się podążaliśmy naprzód poprzez noc przez Odrę na wschód, ku linii frontu. Drgał on i płonął na horyzoncie i kto wie, czy to artyleria, czy też nasze serca mocniej biły? Widzę przede mną twarz Jochima tej bladej nocy, pomimo mrozu pokrytą potem w zimnie lutego 1945 roku. Zrzuciliśmy ciężar, Jochim sięgnął do kieszeni i zaczął rozdzielać wszystko, co miał przy sobie. Papierosy, ciastka, pióro. Dodał do tego, że nie będzie mu już to potrzebne, ponieważ gdy nadejdzie dzień, on umrze. Miał 17 lat i "umrzeć" w jego ustach brzmiało nierzeczywiście i jak głupi żart. Kapral zganił go za te słowa, lecz Jochim dalej rozdzielał swój skromny dobytek, zaś paru kolegów wzięło papierosy i próbowało palić pod pałatkami, aby Rosjanie nie dostrzegli żaru... Jakże się wtedy bałem! Potem widziałem znowu Jochima, było to podczas walki o H. Wioska została opanowana przez Rosjan krótko po tym, gdy zatrzymała się tam kolumna uciekinierów na krótki odpoczynek. Kobiety i dzieci ukryły się w piwnicach domów, ich dobytek został już załadowany przez Rosjan na ciężarówki, gdy zaatakowaliśmy wioskę. Wszystko płonęło, piekielny grzmot rozbrzmiewał nad nami i do tego krzyki i skrzek kobiet i dzieci z piwnic w tej części wioski gdzie jeszcze byli Rosjanie. "Wyciągnijcie ich stamtąd, na miłość Boską wyciągnijcie ich!" wrzeszczeliśmy i pędziliśmy naprzód a obok mnie biegł Jochim. Nie padł nawet na ziemię, po prostu biegł prosto w dół ulicy, ciągle w kierunku przeraźliwych krzyków dobiegających z piwnic (...) Granat odłamkowy z czołgu eksplodował, gdy stał on w drzwiach domu, zza których dobiegały szczególnie przeraźliwe wrzaski. Padł powoli na wznak i zakończył swe 17-letnie życie na zamarzniętej pomorskiej ziemi (...) Gdy H. został wzięty a Rosjanie podjęli próby odbicia go przy wsparciu koncentrycznie nacierających T-34 i IS, gdy atakujący Sybiracy byli tak, blisko, że widzieliśmy gwiazdy na ich uszankach, obok mnie zginął Hans z Ambergu. Był wesołym, kędzierzawym chłopakiem, który mówił z takim akcentem z Górnego Palatynatu, że nawet kaprale śmiali się z niego i nie karali. Był od pierwszego dnia ze mną, dzieliliśmy wszystko, co wówczas można było dzielić a jego twarz była mi znajoma jak twarz brata. Teraz gapiliśmy się na siebie i ledwie poznawaliśmy nawzajem, tak nasze młodzieńcze twarze zmienione były przez przerażenie bitwą. Ubrudzeni, spoceni, z wytrzeszczonymi oczami i otwartymi ustami gnaliśmy naprzód, krzyczeliśmy w grzmocie czołgowych wystrzałów i niewiele więcej mogliśmy uczynić, jak tylko strzelać gdzieś z naszej broni. Stałem za narożnikiem domu i patrzyłem na T-34, który pokryty błotem, podzwaniając gąsienicami powoli zbliżał się ulicą. Wtedy usłyszałem za mną przenikliwy, znany mi, ale jakby obcy krzyk. Ryczał takim tonem, który do dziś rozbrzmiewa w moim sercu: "Zastrzelcie mnie, proszę, proszę, zastrzelcie mnie..." Na ziemi siedział, Hans z Ambergu i trzymał się za lewe udo - poniżej nie było nic. Odłamek granatu odciął mu nogę powyżej kolana i z każdym skurczem serca wypływały z niego krew i życie. Błagał o dobicie, a wszyscy, którzy tam stali bądź leżeli patrzyli z przerażeniem w bezruchu. W tych sekundach coś załamało się we mnie... (...) ...jego głos był coraz słabszy i wtedy zabrany przez litościwą śmierć złamał się wpół i leżał w swej czerwonej krwi, żaden bohater, ochotnik, żołnierz - po prostu człowiek w chwili śmierci z twarzą wykrzywioną przerażeniem (...) Ze 180 ludzi, z którymi wyruszaliśmy, zostało nas jeszcze siedmiu.

"...Wchodzące do walki jednostki były przemieszane, piechota, spadochroniarze, Waffen-SS ze zdobycznymi amerykańskimi "Shermanami", kiepsko uzbrojone i nie stanowiące dla Rosjan przeciwnika. Gdy my walczyliśmy bronią strzelecką, Rosjanie masowo używali czołgów i "Katiusz", mieli pod dostatkiem artylerii, jednostki były świeże i wypoczęte. My nie spaliśmy od wielu nocy, byliśmy głodni i zawszeni. I gdy pewnego mroźnego poranka nasza jednostka ruszała ze skraju lasu do ataku na wieś H., nasze "hurra" brzmiało bardzo, bardzo cieniutko. Jeszcze czuję ten duszący strach, który odczuwałem jako 17-latek. Smugowe serie z rosyjskich stanowisk karabinów maszynowych tworzyły coś na kształt palców wyciągających się po nas, T-34 manewrowały zachlapane błotem dudniąc i klekocąc, strzelając raz po raz. Gdy kierowaliśmy na nie nasze Panzerfausty, znienacka pojawiali się rosyjscy piechurzy i otwierali do nas ogień z pistoletów maszynowych. Nasi niszczyciele czołgów gięli się wpół jeden po drugim. Niektórzy długo jeszcze wzywali sanitariusza tarzając się po ziemi. Nikt jednak nie mógł do nich dotrzeć. Wzięliśmy H., gdzie zaskoczeni atakiem Rosjan uciekinierzy krzyczeli w piwnicach a spadochroniarze z 27 pułku umierali w brudnych uliczkach. Z nimi Rosjanie, którzy jak żywe pochodnie wyskakiwali z płonących stodół. Bitwa o H., jedna z tysięcy stoczonych w tej wojnie, nie została nigdzie opisana poza kroniką pułkową. Tych kilku, którzy przeżyli, napisało ją i przesłało mi niedawno. Czytając ją znowu czułem gryzący zapach dymu, słyszałem rozdzierające uszy wystrzały czołgowych armat, przeraźliwe krzyki rannych i konających. Bez względu na to, czy padniesz w znanej bitwie, czy też nieznanej potyczce, twój strach i ból są takie same! Właśnie spojrzałem na zegarek, tak jak robiłem to w szkole, gdy przedłużała się lekcja łaciny i dlatego wiem, że była to 12.00, gdy obok eksplodował granat czołgowy. Odczułem ogniste uderzenie i z ręki wypadł mi karabin i pośród wrzasków innych odczułem, że także mnie się dostało. Z dymu płonącej wsi wynurzyli się pierwsi Rosjanie. Coś kazało mi uciekać przez pole, nie zwracając uwagi na bezwładnie kołyszącą się rękę. W tym samym kierunku pędziło skokami kilku kolegów, padali dosięgnięci salwami karabinów maszynowych z czołgu i przewracali się jak zające podczas polowania i tak nieruchomieli. Ich pomazane krwią młodociane twarze skierowane były w niebo. Koszmarem było zrobić ponad kilometr z wioski na skraj lasu. Czołgałem się poprzez dziwaczne zwały poległych, kryłem się przed rosyjskim ogniem, znów czołgałem, leżałem, skakałem i znów rzucałem na ziemię. Wreszcie po całej wieczności, gdy tysiąc razy omal mnie nie trafiono, dopadłem kulejąc i krzycząc osłonę dwóch starych dębów. Za nimi i za stosem drewna kilkunastu oficerów i sierżant znaleźli ukrycie. Krzyczeli w zdenerwowaniu, żebym uciekał, bo ściągnę ogień. Sierżant zlitował się nade mną, opatrzył ranę i rzekł: "Chłopcze, chłopcze, ale cię dopadli!" Chciał wiedzieć, jak wygląda tam na linii. Pokazał mi drogę poprzez wstrząsany wybuchami las do polowego punktu opatrunkowego w B. parę kilometrów w kierunku Odry. Gdy tak sam szukałem drogi nadciągnęła piechota, którą całe to piekło jeszcze czekało. Żołnierze patrzyli pytająco i dali mi zaciągnąć się kilkakrotnie papierosem. Dogoniłem jakiś wóz konny powożony przez pomorskiego chłopa. Wiózł on ciężko rannych, którzy przy każdym wstrząsie darli się i narzekali na piekielnie wyboistą drogę. Siadłem na wozie i poprzez las, w którym w strzeleckich dołkach siedziała piechota dojechaliśmy do umiejscowionego w szkole punktu opatrunkowego w B. Sam ledwie opuściwszy szkołę, znów byłem w klasie. Ale wyglądała ona jak przedsionek piekła. Lekarze operowali na stole, gdy na zewnątrz eksplodowały granaty i przez potłuczone okna błoto pryskało do środka. Przynoszono moich kolegów porozdzieranych przez odłamki. W ich rany wciskano całe paczki bandaży w daremnych próbach zatamowania krwawienia. Umierali, zanim wojskowy lekarz mógł się nimi zająć. Ponieważ w stosunku do nich byłem lekko ranny, kazano mi usiąść w rogu przy kaflowym piecu i czekać na swoją kolej. Siedziałem tam z mymi 17 latami i patrzyłem na krzyczących i jęczących mężczyzn, których wycinano dosłownie z ich nasiąkniętych krwią mundurów. W drugi róg obok pieca sanitariusze rzucali amputowane kończyny. Wielu ludzi wbiegało i wybiegało, front było słychać coraz bliżej. Na zewnątrz samochód za samochodem odjeżdżał na zachód. Pozostali żołnierze oddalali się, a lekarz wojskowy od czasu do czasu zerkał na mnie. Wreszcie wieczorem nadeszła moja kolej. "No, co mały, co się stało?" Powiedział wojskowy lekarz a ja gapiłem się bez słowa słysząc dialekt bawarski. Wreszcie jakiś swojsko brzmiący dźwięk po tygodniach i miesiącach w jednostkach północnoniemieckich. "Tu mi dowaliło, nie wiem sam dokładnie gdzie..." Wystękałem, podczas gdy on powiedział ocierając twarz zakrwawionymi rękawicami operacyjnymi: "A krajan! Coś takiego! Zobaczymy, co tam mamy!" Leżałem, więc na stole w szkolnej klasie w B. na Pomorzu, a lekarz wojskowy z Bawarii rozcinał mi ranę zadaną odłamkiem bez znieczulenia. Powiedziałem: "Teraz zaboli...", a on odparł żebym wytrzymał, bo nic nie może na to poradzić. Rozmawiał ze mną, wciąż nasłuchując grzmotu i hałasów na zewnątrz. Potem wynieśli mnie do sali gimnastycznej, gdzie na słomie rozścielonej na podłodze leżały w ciemnościach rzędy rannych, krzycząc i narzekając. Jeszcze dziś czuję tę słomę pode mną tak jak wtedy, gdy zasypiałem po trzech dniach i nocach bez snu. Nikt nie wiedział wówczas w B., że Rosjanie przebili się przez nasze linie i dotarli na skraj lasu. Zasypiałem trawiony gorączką, gdy przyszedł rozkaz opuszczenia wsi i pozostawienia rannych. W tym momencie bawarski lekarz uczynił coś, co dziś mogę nazwać bohaterstwem, choć słowo to już wyszło z mody. Gdy Rosjanie zbliżali się i słychać było ich krzyki i strzały a sanitariusze i personel punktu opatrunkowego walczyli o miejsce w dwóch stojących jeszcze samochodach, lekarz wszedł do ciemnej sali gimnastycznej szukając mnie. Chodził pośród setek rannych i mnie szukał, złapał za mundur i uniósł. Dziś jeszcze czuję ten chwyt i słyszę słowa: "No, krajan, idziemy, Rosjanie się zbliżają...!" Podniósł mnie, objął ramieniem i wyciągnął na zewnątrz i wrzucił na samochód, który zaraz popędził w noc, gdy za nami powoli cichły krzyki i ryki rozpaczy rannych. Rosjanie w tej sali gimnastycznej zamordowali ich..."

Na przedpolach Szczecina wspomina dowódca wozu w 6 kompanii 9 pułku pancernego 25 Dywizji Pancernej

"...16 marca rozpoczęło się przygotowanie artyleryjskie natarcia ze wszystkich broni przeciwnika łącznie z nalotami 50 do 60 sztuk bombowców "Douglas". Było to najsilniejsze skupienie ognia, jakie przeżyłem dotychczas na froncie wschodnim. Ziemia przewracała się, to zostało mi tylko w pamięci. Nie można było zrozumieć ani słowa. Wokół naszej zamaskowanej ciężkiej broni i ukrytych czołgów ziemia była dosłownie zaorywana tak, że musieliśmy szukać sobie ciągle nowych stanowisk. Schowaliśmy natychmiast nasze dalmierze i czołgowe karabiny maszynowe, gdy przyszedł rozkaz: "Zamknąć luki i odczekać!". Nasze opancerzenie doskonale wytrzymywało grad odłamków. Około 09.00 rano można było rozpoznać, że Sowieci przygotowują się przed pozycjami spadochroniarzy do ataku przy wsparciu wielu czołgów. Tak zameldował nam goniec, a my z kolei zaalarmowaliśmy nasz oddział i pułk przez radio. Nasz batalion i kompania były już w marszu, lecz ich podejście przeciągało się ze względu na znaczne zniszczenia dróg i terenu przez ogień rosyjskiej artylerii. Również trzymane nieco dalej odwody poniosły duże straty w sile żywej i sprzęcie. O godzinie 11.00 zamilkła artyleria wroga i broń ciężka rosyjskich jednostek zmotoryzowanych. Zapanowała u nas śmiertelna cisza. Przy stanowiskach czołgów, karabinów maszynowych i oczekujących ataku spadochroniarzach, jak również stanowiskach obserwatorów artyleryjskich w górę poszły rakiety: "Wróg atakuje!". Toczyły się pierwsze rosyjskie T-34/85 i SU-85. W polu widzenia naszej zamaskowanej pozycji czekały własne czołgi. Z przodu nieprzyjacielskiej kolumny błysnęło raz lub dwa razy i dwa pierwsze czołgi rosyjskie stanęły w płomieniach. Obok pojawiło się 5 do 8 dalszych wozów i te zapaliły się niemal tak samo szybko. Taki los spotykał kolejne grupy sowieckich czołgów wchodzące do walki. Każdy strzał naszych armat czołgowych oznaczał trafienie. Nasi doświadczeni celowniczowie nie mogli przeoczyć tak doskonałych celów. Gdy po około 30 minutach walki ogniowej na prawo od nas wielka grupa T-34 próbowała obejść naszą pozycję ryglową, wystrzelaliśmy niemal całą amunicję nie zważając na troskliwie zachowywaną rezerwę. Za nami i obok nas zaszczekały dalsze czołgowe armaty. Do walki weszła reszta naszego oddziału, który zaatakował przeciwnika wspierając nasz zacięty bój. Podczas tych ciężkich walk 16 marca, trwających do wczesnego popołudnia nasz "Jagdpanzer IV" otrzymał sam wiele trafień, ale byliśmy w stanie do końca, aż ostatnie czołgi rosyjskie zawróciły, pozostać na pierwszej linii i walczyć. Nasi koledzy z kompanii zaopatrzeniowej 9 pułku pancernego dostarczyli nam dwu-trzykrotnie transporterami opancerzonymi obu drużyn pionierów naszego pułku nowe pociski przeciwpancerne, odłamkowe i amunicję do karabinów maszynowych już zataśmowaną. Dostarczyli to aż do naszych ukryć, za czołgi. Gdy rosyjska lawina pancerna odstąpiła w kierunku lasów wokół K. otrzymaliśmy bardzo mocne trafienie w układ napędowy od jednego T-34, który przerwał front i zaszedł nas od tyłu. Staliśmy na polu bitwy zasłanym wrakami czołgów bez możliwości poruszania się i musieliśmy czekać, aż nasi koledzy z drużyny ratowniczej ewakuowali nasz czołg i odtransportowali na drugi brzeg Odry do wysuniętego punktu napraw 9 kompanii warsztatowej 9 pułku pancernego w rejonie mostu Autostrady. Przy naszych tyłach w K. spotkaliśmy szefa 6 kompanii 9 pułku pancernego Oberfeldwebla Bernhardta, który zabrał mnie z powrotem do pułku. Znaleźliśmy stanowisko dowodzenia 9 pułku pancernego w P. w bezpiecznych pomieszczeniach piwnicznych podziemnej piekarni. Tam zameldowałem się u Oberstleutnanta dr Zahna, któremu musiałem zdać dokładną relację ustną. Wysłał mnie on potem z koniecznym zaopatrzeniem jeszcze raz do przodu do walczącej drużyny naszego II batalionu. Wróciliśmy później w rejon stacji kolejowej S., gdzie oprócz naszych warsztatów stacjonowała 2 kompania zaopatrzeniowa Oberleutnanta Schmidta..." Ginie dowódca 10 pułku pancernego SS, SS-Obersturmbannführer Otto Paetsch. Pułk przejmuje dowódca I oddziału, SS-Sturmbannführer Tetsch. Tego też dnia ginie dowódca 24 pułku grenadierów pancernych SS "Danmark", SS-Obersturmbannführer Krügel, w przeciwuderzeniu pod Dąbiem. Linia frontu ściśnięta zostaje na niewielki przyczółek obejmujący jedynie Zdroje i Dąbie. Na styku 1 Dywizji Strzelców Marynarki Wojennej i Dywizji Pancernej "Schlesien" znajduje się Leutnant Köhler z działami 3 baterii 210 Brygady Dział Szturmowych, gdy Rosjanie zaatakowali grupą 18 czołgów "Sherman". Działa szturmowe otworzyły ogień. W kilka minut zniszczono 11 nieprzyjacielskich maszyn. Później liczba ta wzrosła, do 15, które zamarły lub płonęły na pobojowisku. Niedobitki zawróciły. Radziecka piechota zaległa. Leutnant Köhler ponownie uformował swój pododdział. Tylko na jego konto zapisano sześć zniszczonych maszyn. Po południu do tej niewielkiej grupy bojowej dołączył jeszcze Hauptmann Vinçon. Usadowił on swoje działo szturmowe na drodze biegnącej wąwozem. Przed obserwacją z powietrza zabezpieczało wóz owocowe drzewo. Nagle w gałęziach eksplodował granat. Hauptmann Vinçon odniósł ciężką ranę od odłamka. Rozkazano przewieźć go na główny punkt opatrunkowy gdzie następnego dnia zmarł. "...19 marca na rozkaz adiutanta 9 pułku pancernego Hauptmanna Hirscha przejąłem T-IV z naszego batalionu, którego dowódca, mój stary przyjaciel, Feldwebel Heinz Vogelpol, wcześniej w 2 kompanii 1 pułku pancernego, został zabrany na punkt opatrunkowy ze względu na ciężkie ranienie odłamkiem granatu. Zabezpieczałem później, wraz z szefem naszej kompanii, Oberleutnantem Müllerem wjazd na most kolejowy w m. Podjuchy. W m. Zdroje otrzymałem później przy rosyjskim ataku 19 marca rano trafienie od ciężkiego rosyjskiego działa przeciwpancernego. Ciężko rannego wyciągnął mnie z płonącego wozu, również ranny działonowy i przeniósł wraz z radiotelegrafistą w bezpieczne miejsce i do punktu opatrunkowego. Działonowy, Unteroffizier Beutel ze Szwabii trafił do nas z 202 pułku pancernego w Amiens. Potem przewieziono mnie do punktu zbiorczego 87 kompanii sanitarnej i dalej do lazaretu polowego na północ od Eberswalde..." "...O świcie nadleciały dwupłatowe maszyny i ostrzelały nasze stanowiska. Następnie rozpoczął się ogień artylerii i spadły pierwsze szrapnele. Wkrótce od strony sadu pojawiły się radzieckie czołgi z desantem piechoty. Było ich 12 do 15, na każdym po około 6-10 fizylierów. Szły tyralierą w odstępach 20-30 metrowych. Niemal nie słyszałem czy inne nasze stanowiska prowadziły ogień, ponieważ nacierający Rosjanie bardzo gęsto strzelali. Nasz karabin maszynowy oddał tylko kilka krótkich serii. Padający granat urwał jednemu z żołnierzy naszej sekcji głowę, drugi także zginął na miejscu. Zbliżająca się radziecka piechota prowadziła ogień z pistoletów maszynowych. Rozpiąłem pas i zostawiłem go w okopie bojąc się, że Rosjanie widząc ładownice i granaty zastrzelą mnie. Uniosłem się z rękami do góry. Moi polegli koledzy pozostali w głębokim na około 60 centymetrów stanowisku. Zaprowadzono mnie na przesłuchanie do stanowiska dowodzenia mieszczącego się około 100 metrów na lewo od wspomnianej stodoły. Tam spotkałem dwóch innych żołnierzy naszego batalionu. O losie innych nic mi nie wiadomo. Następnie odkonwojowano nas do m. Banie..."

20 Marca Dębie zostało zdobyte. Jeden z uczestników walk o Dąbie, sierżant 159 gwardyjskiego pułku artylerii P.P. Timofiejew, tak podsumował walki o Dąbie:

"... No a potem ostatnie, najgorętsze walki o likwidację hitlerowskiego zgrupowania na przyczółku pod Dąbiem. Dwa dni byłem głuchy po tej kanonadzie i strzelaninie. Dąbie jednak wreszcie padło. 20 Marca zakończył się bój. Baterie ustawiliśmy na brzegu Regalicy i jeziora. Sami na miasto, a właściwie w jego ruiny. Jakąż siłę miał tu Niemiec! Bojowego sprzętu na ulicach mnóstwo. Długie kolumny jeńców, stosy trupów. Daliśmy im radę, choć tak byli silni, a my wykrwawieni w poprzednich długich marszach i bitwach od samej Wisły.. List gratulacyjny dla zdobywcy DąbiaList gratulacyjny dla zdobywcy Dąbia

W bitwie, według źródeł radzieckich i polskich Niemcy ponieśli ogromne straty: ponad 40 tys. poległych, 12 tys. jeńców, zdobyto 126 czołgów i dział pancernych, 304 działa i moździerze oraz wiele różnego sprzętu bojowego.Pasjonaci tematu na podstawie niemieckich dokumentów podają w wątpliwość wielkość strat.( Spokojnie można podawać liczbę oscylującą w zakresie 1000-1500 poległych na całym przyczółku. Mam wykazy żołnierzy pogrzebanych (także poległych bez podania dokładnej lokalizacji) w Szczecinie, Dąbiu, Gryfinie i pomniejszych miejscowościach tzw. przyczółka (z archiwum Deutsche Dienststelle w Berlinie). W Szczecinie to około 1500 nazwisk, Dąbiu około 200 i w Gryfinie około 150. Reszta miejscowości "daje" razem około 300 żołnierzy. W Szczecinie jednak spory odsetek to polegli wcześniej, np. przywiezieni do lazaretów w mieście w styczniu-lutym 1945 (cięższe przypadki), Gryfino i Dąbie to już większość ofiar walk marcowych. Jeśli doda się nawet tutaj zaginionych bez wieści, to liczby i tak nie są imponujące. Według statystyk strat zaginieni stanowią około 10% liczby zabitych.Piotr Brzeziński)

Dąbie pod okupacją radziecką. Fragmenty relacji Feliksa Grossera

Dąbie zostało zniszczone przez naloty tak bardzo, że reszta ludności jeszcze wieczorem musiała opuścić miasto. W Dąbiu pozostało, co najwyżej 30-40 osób, którzy przeżyli wkroczenie Rosjan, lecz zostali przez nich natychmiast deportowani. Ja sam, w czasie ucieczki na zachód, dotarłem wraz z rodziną do okolic Schwerina, gdzie zostaliśmy zatrzymani przez Amerykanów. [...] Następnego dnia zjawili się Rosjanie i przegnali nas z powrotem do naszych stron rodzinnych, czyli do Dąbia. [...] Powrót zaprzęgami konnymi trwał kilkanaście dni, jako że musieliśmy po drodze wciąż pracować (demontaż torów kolejowych). Na początku kwietnia * dotarłem wraz z rodziną znów do Dąbia, gdzie musieliśmy natychmiast podjąć pracę dla Rosjan bez żadnego wynagrodzenia, ale otrzymaliśmy od nich przynajmniej chleb, innych artykułów musieliśmy poszukać sami. Schronienie znajdowaliśmy w rozpadających się domach i piwnicach, gdyż gdziekolwiek tylko stał jakiś ocalały budynek, był on rekwirowany przez Rosjan. Pod okupacją radziecką cierpiały najbardziej kobiety i młode dziewczęta. Wszelkie fabryki w Dąbiu, ogromna fabryka beczek i fabryka papieru (celulozy), zostały przez Rosjan rozebrane, a wszystkie maszyny załadowane na transport do Związku Radzieckiego, co oczywiście znów my Niemcy musieliśmy robić.

Bundesarchiy Koblenz, Ost-Dok I, IV Pommern, Stadtkreis Stettin, Sn l, s. 5-6. 5-go marca [1945 roku] * Prawdopodobnie na początku maja.

Zdobywcom Dąbia wystawiono w 1962 r. bardzo skromny pomnik z napisem: "Poległym w walce o wyzwolenie Dąbia" (proj. K. Trzeciakowa). Stoi on w centrum dzielnicy, na dawnym rynku starego miasta.

Pomnik ku czci poległych stan z 1965r.

Pierwszy komendant wojenny Dąbia M. Wieczorek tak wspomina swoje pierwsze zetknięcie się z tym miastem w maju 1945 r.:

"... Przykry widok, ponury. Mijamy dworzec i maszerujemy na wprost ulicą wyłożoną kostką kamienną, miejscami wyboje po zasypanych dołach. Przed dworcem masa wypalonych ruin, zburzonych domów. Tak po prawej, jak i po lewej stronie ruiny, ruiny sięgają daleko w głąb miasta. Cóż to, miasto ruin? Czy to jeszcze jest miasto? Straszne pierwsze wrażenie... Nic do siebie nie mówimy. Tylko szef mówi półgłosem: "Psia krew, dranie, ale tu widać dobrą robotę". Czyją?..."

Przeglądając dane statystyczne stwierdzić można , że o tragicznym losie Dąbia zadecydowali sami jego mieszkańcy dużo wcześniej. Już w 1928r. działała tu najliczniejsza w okolicy bojówka SA licząca około 80 osób. Wyniki wyborów do Zgromadzenia Narodowego z 31 lipca 1932r.w których 53% mieszkańców poparło NSDAP i z 5 marca 1933r. 61,4% poparcia dla faszystów pokazują to dobitnie.

I na koniec osobista uwaga; Czy , jak wielu twierdzi, "mój głos niczego nie zmienia" czy wpływa na losy pojedynczych ludzi, miast i państw?

W Dąbiu ocalało nieco starej zabudowy przy ul. Dziennikarskiej, Oficerskiej i Lekarskiej oraz na obrzeżach osiedla, przedmieściu willowym położonym po zachodniej stronie ul. Goleniowskiej. Ogólny stan zniszczeń Dąbia sięgał powyżej 75 % zabudowy. Całkowitej zagładzie w czasie walk uległy między innymi takie okoliczne osiedla jak: Struga , Trzebusz , Dunikowo , Błędów , Kniewo ,Cieszyce, Kijewo Plantacja i inne... W pozostałych np. Kijewo , Klęskowo przez długie powojenne lata dominowały ruiny i tylko najodważniejsi i najbardziej zdeterminowani osadnicy starali się je zasiedlić. My mieszkańcy Dąbia wciąż , choć może nie zdając sobie z tego sprawy , stykamy się ze śladami tej straszliwej bitwy. Wystarczy zejść w boczne uliczki miasta aby się o tym przekonać. Każda wycieczka do pobliskich parków leśnych jest lub może być cenną lekcją o nieodległej historii Dąbia.

Relacje niemieckich uczestników walk zaczerpnięte za zgodą autora pochodzą z archiwów Stowarzyszenia Miłośników Archeologii Militarnej "Pomorze". BF

Valid HTML 4.0!